Czasami trudne jest uświadomienie sobie czym jest i co tak naprawdę zawierają słowa uformowane w zwrot „ uzdrowienie duchowe”. Co przez to rozumiemy, z czym je kojarzymy oraz co w nich takiego jest, że otrzymują pierwiastek jakiejś nadnaturalnej energii duchowej, która w pojęciu wielu z nas nie istnieje. A przecież to coś tak tajemniczego i niezrozumiałego przez sceptyków, jakże często prowadzi nas do pokonania nieuleczalnej choroby, całkowitego uzdrowienia czy też skorygowania naszych niedoskonałości cielesnych. Jak tu zrozumieć coś tak nieuchwytnego, ulotnego i niewyczuwalnego naszymi wszystkimi zmysłami czucia szczególnie dla nas, mocno żyjących w realiach otaczającego nas zewsząd fizycznego świata. Ciągłe wpajanie nam już od dzieciństwa niezliczonych reguł, zasad oraz prawd, że czarne jest czarnym, zapach jest zapachem, czucie jest czuciem a smak jest smakiem, wyjałowiło nasz umysł w doskonały i skuteczny sposób. My konsumenci wspaniałych produktów materialnych, które zdominowały nasz świat, a w szczególności nasze życie, jakże możemy kosztować coś co jest dla nas niewyczuwalne, niewidzialne ,czy też nierealne. A przecież już samo sformułowanie zdania „ uzdrowienie duchowe” wskazuje nam wyraźnie, że głównym motorem wyjścia z depresji, choroby, ciężkiej sytuacji losowej , czy też wielu innych przeciwności, jesteśmy my sami ze swoim potencjałem wewnętrznym, który obojętnie czy też to akceptujemy czy też nie, jest w nas od zawsze. Wielu proszących o pomoc jeszcze ciągle ma nadzieję, że dysponuję czarodziejską różdżką, formułą tajnego zaklęcia lub czarną magią i całą robotę związaną z ich problemami rozwiążę sam bez ich uczestnictwa. Nie dla wszystkich jest zrozumiałe, że to oni sami muszą wziąć ich niedolę w swoje ręce i poprzez uzdrowienie swojego ducha, uzdrowić swoje zmaltretowane ciało i psychikę. I tu, w tym właśnie miejscu jest moja pomoc, aby motywując, ustalać kierunki i drogowskazy, doprowadzić ciebie do samodzielności i siły.
Wyobraź sobie piękny statek żaglowy, który podczas rejsu został ciężko uszkodzony w walce z okrutnym huraganem i teraz z wielką trudnością zawinął do portu. Wszystkie jego śnieżnobiałe żagle są w strzępach, maszty i reje połamane, a takielunek i ożaglowanie przypomina tysiące splątanych i oślizłych ciał węży. Zdziesiątkowani majtkowie wraz ze swoim { jak się okazało} nieporadnym kapitanem, nie mieli żadnych szans ani możliwości w przywróceniu statkowi jego pierwotnego wyglądu. Ten piękny i zarazem dumny okręt, który jeszcze niedawno był okrasą wszystkich mórz i oceanów, przypominał teraz prawdziwy obraz nędzy i rozpaczy. Zacumowany gdzieś w odległym miejscu portu stał opuszczony i zaniedbany aby nie przerażać swoim wyglądem innych użytkowników. Załamany sytuacją kapitan, która w każdym calu go przerosła, nie wiedział co dalej robić. Nie wierzył, że sam wraz ze swoją nieliczną załogą, jest w stanie naprawić to, co zostało w tak okrutny sposób zniszczone przez żywioł. Musiał przecież wrócić do macierzystego portu, gdzie czekała na niego cała rodzina oraz armator; ale w jaki sposób tego dokonać? Któregoś dnia, błąkając się po nabrzeżach portu, podczas których to wędrówek mógł się wyżalać wszystkim napotkanym ze swojej niedoli i nieszczęścia, a poza tym obnosić się swoją tragedią, spotkał nieznajomego, który nie potrafił mu współczuć. Czym bardziej się żalił nad swoim ciężkim losem, tym bardziej nieznajomy był twardy i bez serca. W pewnym momencie kapitan nie wytrzymał i zaproponował temu bezdusznemu pyszałkowi i zarozumialcowi aby ten pokazał mu, jak można tej przecież niemożliwej naprawy, dokonać samemu. Od następnego ranka, niemrawa i rozpuszczona załoga, mrucząc z niezadowolenia ostre przeklęcia pod nosem, zabrała się pod okiem nieznajomego do porządkowania okrętu. Szło opornie i powoli. Wszystko co nakazał nieznajomy, było wykonywane z ociąganiem i niechlujnie , bez wiary. Nawet sam kapitan zbytnio nie angażował się w tak bezcelową sprawę, jaką była naprawa tego wraku. Przecież każdy z nich był przyzwyczajony do tego, że wszystko otrzymywał gotowe, bez wysiłku i myślenia .A tu raptem okazało się, że trzeba ciężko harować i to jak harować.
Popękana skóra na dłoniach od naciągania tysięcy lin i oprzyrządowania, obolałe wszystkie członki od usuwania setek ton pogruchotanego drewna, zbolałe krzyże od dźwigania i podnoszenia ogromnych nowych masztów. To wszystko przewyższało możliwości tak rozleniwionej i niesubordynowanej załogi. Było widać gołym okiem, że bunt marynarzy, a być może też i kapitana wisi w powietrzu.
Któregoś dnia załoga nie wytrzymała. Siłą obezwładniła nieznajomego i związanego linami postanowiła powiesić starym marynarskim zwyczajem na najwyższej rei. Najmłodszy i najsprawniejszy z nich zaczął wspinać się zręcznie niczym małpa po olinowaniu do góry, aby umocować pętlę dla tak niepożądanego intruza, jakim był nieznajomy. Wszyscy majtkowie, nie wyłączając kapitana, z pewną radością i odprężeniem , że najgorsza harówka, jaka ich w życiu spotkała, wkrótce minie, spoglądali na ekwilibrystyczne popisy wspinającego się majtka.
Nagle jeden z marynarzy, ten najbardziej niedoceniany i poniewierany przez resztę, wykrzyknął gromkim głosem.
-Przyjaciele, przecież my mamy już nowe maszty. Popatrzcie, nasze ożaglowanie i takielunek jest na swoim miejscu a śnieżnobiałe żagle, zrolowane wiszą przy rejach. Wkrótce wrócimy do domu.
Okrzyk radości tego człowieka, który jako jedyny nagle wyrwał się ze snu, obudził wszystkich na pokładzie. Nieoczekiwanie marynarze przejrzeli na oczy czego własnymi rękoma dokonali. Wyprostowali zmęczone i zgarbione od wysiłku plecy. Ich wzrok stał się natychmiast dumny i szczery. Jak grom z jasnego nieba dotarło do ich świadomością, czego dokonali mimo tak ogromnego wysiłku, jaki w to wszystko włożyli. To, w co nikt jeszcze niedawno nie wierzył, stało się prawdą.
Z ogromnym animuszem i teraz już pod ścisłym kierownictwem kapitana , zabrali się do ukończenia wielkiego dzieła naprawy, który był wytworem ich własnych rąk, umysłów i dusz.
Przeprosili nieznajomego, który tylko sugestiami, radami i motywacją, potrafił zgrać i stworzyć ponownie wspaniały zespół z tak niesubordynowanej, leniwej i nieposłusznej załogi.
Po niedługim czasie, duma mórz i oceanów, znowu pod pełnymi żaglami, opuszczała port aby wrócić w pełnej chwale do domu. Z nabrzeża pożegnani zostali salwami armat przez tych, którzy zaczęli ich podziwiać i w pewnym sensie zazdrościć im niezłomności i wytrwałości w zdawało by się, bezcelowej pracy.
Możliwe, że ty także jesteś tym wspaniałym żaglowcem, który oczekuje od swojego kapitana {UMYSŁU} naprawy i wydobycia energii duchowej, która zawsze była jest i będzie nieodłączną częścią twojego istnienia tu i teraz. Nie oczekuj, że ktoś inny zrobi za ciebie całą robotę.
Jeżeli ty sam zmienisz pogląd na otaczającą ciebie rzeczywistość, na pewno zmienisz ją, nawet zmienisz swoje ciało ponieważ nasze czyny i myśli robią z nas tych, kim rzeczywiście chcemy być.
Komentarze